← Wszystkie miejsca

Mój Utrecht

·Katarzyna Tryczyńska

Od Bogdana

Przed wyjazdem do Utrechtu poprosiłem moją znajomą, Katarzynę Tryczyńską, która spędziła w tym mieście wiele miesięcy, żeby opowiedziała mi o nim i napisała kilka słów. Otrzymałem tak piękną, osobistą opowieść, że od razu zapytałem, czy mogę podzielić się nią na blogu, oczywiście z podpisem autorki. Kasia się zgodziła i dzięki temu możecie przeczytać ją poniżej.

To spojrzenie osoby, która poznała Utrecht od strony codziennego życia, a do tego świetnie zna język i kulturę Niderlandów. Katarzyna jest niderlandystką, doktorem nauk humanistycznych w zakresie językoznawstwa i przekładoznawstwa oraz wykładała na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest też świetną nauczycielką języka niderlandzkiego — jeśli chcielibyście ją bliżej poznać, zajrzyjcie na Nauka Niderlandzkiego talencentrum.pl.

Zapraszam Was do Utrechtu widzianego oczami Kasi.

Bogdan


Mój Utrecht

Kanał Oudegracht w okolicy Jansbrug w Utrechcie

Oudegracht. Fot. Robert von Oliva (naruciakk), CC0.

Utrecht to miejsce, do którego chętnie wracam o każdej porze roku, nawet gdy jest deszczowo i zimno. Dzieje się tak, ponieważ przywodzi mi na myśl wiele wspomnień i kojarzy mi się jako bardzo przyjemne miejsce, w którym spędziłam kawałek mojego życia.

Kiedy myślę o Utrechcie, przypomina mi się moja droga do pracy. Okolice katedry, dźwięk katarynki na ulicy handlowej Steenweg, Janskerkhof i mijane po drodze kawiarnie. Miejsca, które ktoś przyjeżdżający na weekend ogląda z aparatem w ręku, a dla mnie przez pewien czas były częścią codziennego życia. I właśnie takie zwykłe dni wspominam z sentymentem.

Utrecht poznałam już w trakcie moich studiów w Amsterdamie jako młoda niderlandystka, a tak prawdziwie i niemal od podszewki jako badaczka i wykładowczyni, mieszkanka tworząca tkankę tego miasta. Mieszkałam tam dwukrotnie najpierw przez pięć miesięcy, a później przez ponad pół roku. Każdy z nich przypadł na inną część roku, pierwszy na końcówkę zimy i wiosnę, a drugi na koniec lata i jesień. Doświadczyłam więc pełnej skali holenderskiej aury w Utrechcie, co było nie bez znaczenia biorąc pod uwagę fakt, że moim głównym środkiem lokomocji był rower. Miałam też wystarczająco czasu, żeby oswoić miasto, znaleźć swoje miejsca i obserwować życie Holendrów pomiędzy moimi uniwersyteckimi obowiązkami. Przez to, że mieszkałam w dwóch różnych częściach miasta, oba pobyty dały mi dwie perspektywy mieszkania w Utrechcie: tuż przy katedrze Domkerk w zabytkowej kamienicy i codzienności w spokojniejszej dzielnicy Vogelenbuurt.

Codzienna wygoda jest jedną z rzeczy, które bardzo cenię w Utrechcie. To miasto ma dla mnie odpowiednią skalę. Rower pozwalał mi sprawnie docierać do pracy i przemieszczać się między dzielnicami. Kiedy mówię, że Utrecht jest przystępny do życia, mam na myśli także tę łatwość poruszania się. Do tego dochodzą zieleń, woda i miejsca, w których można zwolnić.

Rowery na moście nad kanałem w Utrechcie

Rowerowa codzienność Utrechtu. Fot. Tugce Turan, Pexels.

Bardzo lubię okolice Oudegracht i niewielkie uliczki, przy których w pięknych, niedużych kamienicach mieszczą się sklepy, kawiarnie i restauracje. Ta skala zabudowy sprawia, że jest tam bardzo przytulnie. Można spacerować wzdłuż kanału, zaglądać do butików i zatrzymać się na kawę. Dodatkowo uroku dodaje dźwięk dzwonów z wieży katedry oraz muzyka katarynki, którą można często zobaczyć niedaleko Museum Speelklok (Muzeum samogrających instrumentów muzycznych).

Oudegracht warto zobaczyć również z poziomu wody. Wystarczy zejść po schodkach, żeby znaleźć się tuż nad taflą kanału i spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Wzdłuż kanału znajdują się bowiem charakterystyczne werven, czyli nabrzeża położone poniżej ulicy, gdzie można usiąść w ogródkach kawiarni i restauracji. Bardzo lubię ten sposób zagospodarowania przestrzeni, ponieważ kanał staje się częścią codziennego życia.

Kanał Oudegracht i nabrzeża położone poniżej ulicy

Nabrzeża Oudegracht. Fot. Pepijntje, domena publiczna.

To jednak okolica katedry pozostaje mi szczególnie bliska. Mijałam ją wielokrotnie w drodze do pracy, przejeżdżałam tamtędy rowerem, obserwowałam ludzi, zaglądałam do pobliskich kawiarenek. A niejednokrotnie zdarzyło mi się zatrzymać, by przyjrzeć się budowli czy poczytać książkę lub po prostu posiedzieć na ławce i zanurzyć w myślach w przepięknym wirydarzu katedry. Zastanowić się, jak wyglądała dawniej i jak bardzo zmieniło się jej otoczenie. Lubiłam te chwile krótkiego oderwania się od pracy i codzienności. Wyobrażałam sobie wtedy jak wyglądało życie w siedemnastym wieku, kiedy katedra stała na placu Domplein w pełnej okazałości, zanim jej nawę zniszczyła gwałtowna burza. Dzisiejszy plac zajmuje więc miejsce dawnego wnętrza świątyni. Świadomość tego zmienia sposób patrzenia na to miejsce, bo przechodzimy przez otwartą przestrzeń i próbujemy wyobrazić sobie ściany oraz sklepienie, których już nie ma.

Ogród w wirydarzu katedry Domkerk w Utrechcie

Wirydarz Domkerk. Fot. Mioblo, CC BY-SA 3.0 NL.

Historyczna ilustracja wieży i ruin nawy katedry po burzy z 1674 roku

Katedra po burzy z 1674 r. J. Hoevenaar, 1879, według J. van Kessela; Het Utrechts Archief. domena publiczna.

Drugim ważnym punktem na mapie Utrechtu jest dla mnie biblioteka uniwersytecka przy Drift, w której spędziłam sporo czasu. Zabytkowe wnętrza nadawały bibliotece klimat dawnego uniwersytetu, a liczne udogodnienia zapewniały wygodne warunki do pracy, z czego chętnie korzystali holenderscy studenci. Niejednokrotnie musiałam się sporo nachodzić, by znaleźć wolne miejsce do pracy w czytelni. Jak mi się to udawało, to ta wspólna koncentracja na pracy i nauce tworzyła atmosferę, którą bardzo lubiłam. Badania bywają samotnym zajęciem, a w czytelni obecność innych osób dodatkowo mobilizowała mnie do pracy.

Wnętrze biblioteki uniwersyteckiej przy Drift z łukami i stanowiskami do pracy

Wnętrze biblioteki uniwersyteckiej przy Drift. Fot. Hansmuller, CC BY-SA 3.0.

Jako badaczka doceniałam przede wszystkim świetne zbiory biblioteczne, zarówno te dostępne na miejscu, jak i online. Dostęp do potrzebnej literatury ma kluczowe znaczenie, kiedy celem pobytu jest realizacja projektu naukowego. Lecz materiały źródłowe to nie wszystko. Szczególnie ważne były dla mnie relacje, które nawiązałam z kolegami i koleżankami z Universiteit Utrecht. Bardzo doceniam spotkania z wykładowcami z Universiteit Utrecht, którzy chętnie poświęcali mi swój czas, zapraszali na różne seminaria, warsztaty. Często rozmawialiśmy o nauce, i nie tylko, także przy kawie w pobliskich kawiarenkach i właśnie to ciepłe przyjęcie z ich strony już nie pierwszy raz przełamało w mojej głowę stereotyp zdystansowanych Holendrów.

Mam też stamtąd miłe wspomnienia kulinarne. W kawiarence usytuowanej na przeciwko wejścia do biblioteki znajoma Pani profesor zachęciła mnie kiedyś do spróbowania tradycyjnego dania, podawanego dawniej holenderskim dzieciom na śniadanie. Niedaleko biblioteki znajduje się też restauracja Gus, w której wraz z moją siostrą chyba po raz pierwszy zjadłyśmy dania wegańskie. Takie drobiazgi zostają w pamięci obok ważnych zawodowych wydarzeń, w które też obfitował czas, jaki spędziłam w Utrechcie.

Podczas drugiego pobytu prowadziłam również zajęcia na Universiteit Utrecht, więc moja praca nie ograniczała się wtedy do studiowania materiałów źródłowych i prowadzenia analiz. Pamiętam, jak przed moim pierwszym wykładem po niderlandzku miałam lekką tremę, po tym jak koledzy z uniwersytetu uprzedzili mnie, że powinnam być gotowa na pytania z sali nawet w trakcie wykładu, a nie w czasie, który sama wyznaczę na zadawanie pytań. W Holandii to normalne, że student przerwie wykładowcy w połowie omawianej myśli, jeśli właśnie wtedy chciałby o coś dopytać. Zaskoczyło mnie to, ponieważ nigdy nie spotkałam się z tym w trakcie mojej pracy dydaktycznej w Polsce ani nawet podczas wykładów gościnnych w Belgii, choć można by się spodziewać tego samego. Wracając do owego wykładu, rzeczywiście pytania pojawiły się w jego trakcie, a na koniec było ich jeszcze więcej. Niektóre nie były łatwe, a jednocześnie pokazywały, że studenci uważnie słuchali. Początkowe zaskoczenie ustąpiło satysfakcji z prawdziwej dyskusji. Poradziłam sobie bez problemu, a późniejsze bardzo przychylne opinie na temat mojego wykładu, dały mi ogromny zastrzyk energii.

Oprócz prowadzenia zajęć obserwowałam również zajęcia kolegów z uczelni, żeby poszerzać własne doświadczenie dydaktyczne. W zachowaniu studentów praktycznie za każdym razem obserwowałam swobodę zabierania głosu i gotowość do zadawania pytań i włączenia się w dyskusję. To mocno różni ich od studentów z Polski czy Belgii. Przyczyny upatrywałabym w holenderskiej bezpośredniości, o której często mówi się przy okazji różnic kulturowych. Nie każdy Holender jest oczywiście taki sam. W moim odczuciu ta bezpośredniość była jednak przede wszystkim oznaką zaangażowania.

Zapamiętałam też codzienną pogodę ducha mieszkańców. Zdarzało się, że ktoś zupełnie nieznajomy uśmiechnął się do mnie na ulicy albo po prostu powiedział „cześć”. Początkowo trochę mnie to zaskakiwało, bo w Polsce takie gesty są raczej rzadko spotykane. Było w nich jednak coś bardzo miłego, były krótkimi przejawami życzliwości, które poprawiały nastrój.

Utrecht jest dla mnie miastem wielu różnych doświadczeń i wspomnień, które sprawiają, że nadal jest mi bliski. Gdybym miała pokazać komuś mój Utrecht, pewnie zaczęłabym od drogi, którą jeździłam do pracy, a po drodze byłoby tyle do opowiedzenia, że do biblioteki dotarlibyśmy znacznie później, niż planowaliśmy.

Katarzyna Tryczyńska